
Ponownie Mazovia Mińsk Mazowiecki jako pierwsza strzeliła gola i wreszcie sięgnęła po 3 punkty, pokonując Lechię Tomaszów Mazowiecki 3:1. A wszystko zaczęło się od gola Rafała Parobczyka, jednego z najbardziej doświadczonych piłkarzy III-ligowej Dumy Mińska.
—-
Redakcja: Pamiętasz swoją poprzednią bramkę dla Mazovii?
Rafał Parobczyk: To miało miejsce w marcu 2025 roku w derbowym spotkaniu z Tygrysem Huta Mińska. Strzeliłem bramkę na 4:0, a wygraliśmy 5:0. Odebrałem piłkę bramkarzowi i umieściłem ją z bliska w pustej bramce.
Red. Później sporo goli zdobyłeś w barwach Victorii Sulejówek, jednak to sobotnie trafienie było jednym z najładniejszych w karierze?
R.P.: Oj nie, zdecydowanie nie. Nie jestem co prawda typem goleadora, więc tych bramek nie zdobywam tak dużo jak bym chciał, natomiast kiedy już się to zdarza, to zazwyczaj są to dość ładne trafienia. W poprzednim sezonie udało mi się spełnić takie moje dwa piłkarskie mikro marzenia: strzelić gole z przewrotki oraz z okolic połowy boiska. Te dwa trafienia uważam za najładniejsze. Wysoko cenię sobie też bramkę z woleja przeciwko Sokołowi Ostróda, dwa gole w barwach Olimpii Zambrów: z rzutu wolnego przeciwko Warcie Sieradz i po dryblingu w polu karnym przeciwko Legionovii, lob z Pilicą Białobrzegi – trafienie dla Mazovii oraz gola strzelonego bezpośrednio z rzutu rożnego w barwach Pelikana Łowicz.
Red.: Mieliście za zadanie więcej uderzać z dystansu? W ten sposób bramkę strzelił też Michał Kobiałka.
R.P.: To zawsze jest jedno z zadań na mecz. Bez strzałów nie ma goli, więc jeśli jest ku temu okazja, czyli odpowiednie miejsce na boisku, przygotowanie piłki i ciała do takiego uderzenia oraz wolna przestrzeń to nie wzbraniamy się przed tego typu rozwiązaniami.
Red.: Dało się wyczuć w szatni, że seria bez wygranej trwa zbyt długo?
R.P.: Zdecydowanie tak. Zdajemy sobie sprawę, że jeśli chcemy być klasowym i liczącym się w tej lidze zespołem to nie mogą przytrafiać nam się tak długie serie bez zwycięstwa. Odpowiedzialność za takie wyniki i dołki formy spoczywa na nas, zawodnikach.
Red.: Młody zespół Lechii wydawał się idealnym rywalem do przełamania złej passy? Choć to goście mogli prowadzić 1:0.
R.P.: Chyba nie ma czegoś takiego jak idealny rywal, bo każdy mecz pisze swoją historię i przy różnych zrządzeniach losu może potoczyć się w zupełnie nieprzewidzianych kierunkach. Natomiast nie ma co udawać, że zespół Lechii dysponuje podobnym potencjałem ludzkim co Weszło, Warta czy Wigry. Patrzmy jednak na siebie, cieszmy się, że zagraliśmy solidny, poprawny mecz, choć te sytuacje dla gości przy stanie 0:0, o których wspominasz, świadczą o tym, że wciąż mamy pewne rzeczy do poprawy. Musimy dalej bardzo ciężko pracować na treningach, by dojść do perfekcji.
Red.: Mazovia „oddała” piłkę Lechii, cofnęła się na własne przedpole, mając na uwadze to, aby nie stracić jako pierwsza gola?
R.P.: Tak, po serii meczów bez zwycięstwa położyliśmy w minionym tygodniu duży nacisk na grę defensywną, która jest naszą bolączką od początku tego sezonu. Cieszę się, że duża część z tego co ćwiczyliśmy i co zaplanował na to spotkanie sztab szkoleniowy została zrealizowana. Choć tak jak mówiłem wcześniej, nie ustrzegliśmy się błędów i wciąż mamy sporo do poprawy.
Red.: Po meczu rozmawiałeś z trenerem Lechii Bartoszem Grzelakiem, z którym współpracowałeś w Zambrowie. Jak ocenił grę i potencjał Mazovii?
R.P.: Szczerze mówiąc, rozmawialiśmy głównie o rodzinach i innych sprawach prywatnych aniżeli o piłce. Co do meczu trener Grzelak „śmiał się” tylko, że niemal za każdym razem, gdy gra przeciwko jakiemuś swojemu byłemu podopiecznemu, to ten strzela jego drużynie gola.
Red. Następnym rywalem będzie ŁKS Łomża, który ma 4 remisy i 10 porażek. W niedzielę zremisował z Widzewem II 2:2, co sprawia, że nie można z góry dopisywać sobie 3 punktów?
R.P.: Wiem, że to wyświechtany slogan, ale naprawdę nie wolno lekceważyć żadnej drużyny. Chyba każdy kto gra w piłkę wiele lat, choć raz w życiu przeżył taką sytuację, w której został skarcony przez outsidera, choć przed meczem wydawało się, że nic złego nie jest w stanie mu się przytrafić. Ostatni mecz ŁKS-u pokazał, że drzemie w tej drużynie jakiś potencjał, bo była ona naprawdę o włos od wyjazdowego zwycięstwa nad Widzewem, który uważam za bardzo dobry zespół. Nie ma więc innej drogi do sukcesu w najbliższym spotkaniu niż ciężka praca przez cały nadchodzący tydzień i pełne zaangażowanie w sobotę w Łomży.
